Teresa

Edyta Stein, Edith Stein, święta Teresa Benedykta od Krzyża
być może od nazw greckich wysp Thera/Therasia albo gr. thér/théros „dzikie zwierzę”
święto 9 sierpnia

Urodziła się 12 października 1891 roku we Wrocławiu, w wielodzietnej rodzinie – była jedenasta z kolei - niemieckich żydów. Jej rodzice (ojciec zmarł, gdy Edith miała dwa latka) byli bardzo pobożni i w domu Steinów obchodzono wszystkie żydowskie święta, młode pokolenie wyrastało w atmosferze modlitwy, dobroci i uczynności –a mimo to dzieciaki po kolei odchodziły od wiary. Na Edytkę padło bodajże w wieku lat 14, kiedy to wyjechała z domu do Hamburga, do starszej siostry. Zresztą mała nigdy aniołem nie była – nadwrażliwa, uparta, zbyt ambitna, zamknięta w sobie, rodzinie potrafiła robić dzikie awantury o... chodzenie do przedszkola. Bo ona chciała do szkoły i już.
W szkole było też różnie – mała Stein była bardzo zdolna (intelektualistką była zawsze i wiele działań podejmowała „ze zdrowego rozsądku”) – ale dyskryminowano ją ze względu na żydowskie pochodzenie. Chyba dlatego, nie bez racji obrażona, wyjeżdża do Hamburga.
Do Wrocławia Edyta wróciła po 8 miesiącach, skończyła wrocławskie gimnazjum, zdała maturę – i oświadczyła, że jest ateistką. Również we Wrocławiu zaczęła studia, by kontynuować je później w Getyndze. Studiowała germanistykę, historię, psychologię, filozofię i historię, przeżyła w tym czasie straszliwą depresję, spotykała także wielu mądrych ludzi. Jest tyleż urocza, co złośliwa – twierdzą koledzy – i ciągle z wielkim zapałem szuka sensu. Intelektualnie szuka, bo inaczej nie potrafi. Chyba w ten sposób – w filozofii – po raz pierwszy bliżej spotyka się z katolicyzmem. I, nie wierząc jeszcze, dostrzega piękno w jego specyficznej logice. Nakłada się tu chyba także świadectwo życia znajomych katolików:  „dotąd żaden człowiek nie podszedł do mnie z taką bezinteresowną dobrocią” – pisze. – „Jakbym pierwszy raz ujrzała zupełnie nowy świat”.
Pisanie doktoratu przerwał jej wybuch I wojny – Edyta na swoją własną prośbę pracuje przy zakaźnie chorych jako pielęgniarka. Biega od rana do nocy i jest zwyczajnie zmęczona. Do tego wojna coś w niej łamie: zaczyna zauważać, że życie, zdrowie, szczęście to dar – który można przyjąć i oddać. Wykończona, po pół roku wraca ze szpitala do studiów. W sierpniu 1916 broni doktorat i zostaje asystentką Husserla. Ale przecież ciągle trwa wojna, giną ludzie – Edyta styka się z ich rodzinami i po raz pierwszy chyba zauważa, że chrześcijanie w niepojęty dla niej sposób „radzą sobie” ze śmiercią najbliższych, że jest w nich jakaś granicząca z pewnością nadzieja. „W tym momencie załamała się moja niewiara” – napisze. Ale do wiary wciąż jeszcze daleko.
Płynie czas, pierwsza wojna dobiega końca, Edyta zalicza kolejne życiowe porażki: nie udaje się jej uzyskać habilitacji, przy coraz gorzej układającej się współpracy z Husserlem decyduje się zerwać tę relację – zresztą relację wyłącznie dwojga naukowców, bo on jest chyba ze 30 lat starszy. A przy okazji – Edyta ma już pod trzydziestkę, a w żadną damsko-męską relację z prawdziwego zdarzenia nie zdarzyło się jej zaangażować. Sama potem powie, że zbyt była zajęta nauką, choć planowała dla siebie małżeństwo – bliżej nieokreślone i w bliżej nieokreślonej przyszłości. Za to powoli zmieniają się jej relacje z ludźmi. Dotąd złośliwa, stopniowo łagodnieje. Już jej nie zależy, żeby zawsze mieć rację, nie kłuje słowami jak pokrzywa, nie lubuje się w buzujących inteligencją ciętych ripostach.
Intelektualnie Edyta przyjęła już istnienie Boga, przyznała rację chrześcijaństwu. W 1921 roku niemal codziennie rano biega po kryjomu na mszę (okazjonalnie czyniła to już dużo wcześniej), odmawia (po łacinie) brewiarz, rozczytuje się w autobiografii świętej Teresy z Avila. I wtedy chyba zapada decyzja chrztu w Kościele katolickim.
Rodzina jest w głębokim szoku – i to zarówno ateistyczne rodzeństwo, jak matka-żydówka. A Edyta przyjmuje chrzest 1 stycznia 1922 roku, przyjmując imię Teresa Jadwiga. To pierwsze z wdzięczności dla świętej Teresy. Tego samego dnia przystępuje do komunii, miesiąc później (2 lutego) jest bierzmowana. I to nie przypadek, że wybiera te dni: za jej czasów 1 stycznia to święto Obrzezania Pańskiego, a 2 lutego jest dniem rytualnego oczyszczenia Maryi po urodzeniu Jezusa... Teresa Jadwiga pozostaje Żydówką – a jako chrześcijanka pozostaje nią jeszcze głębiej niż kiedykolwiek przedtem. I jednocześnie mając świadomość swej narodowości i znając żydowską obyczajowość głębiej niż wielu innych wchodzi w katolicyzm – a także w osobistą relację z Chrystusem-Żydem.
Teresa zamieszkuje teraz w klasztorze dominikanek, gdzie zaczyna pracę nauczycielki w liceum i w seminarium nauczycielskim, potem – zrezygnowawszy z pracy z powodu problemów zdrowotnych – będzie prowadzić wykłady w Instytucie Pedagogiki Naukowej. Publikuje także rozprawy naukowe, wygłasza odczyty, tłumaczy Newmana, a także dzieła świętego Tomasza z Akwinu. Przy spowiedniku ślubuje prywatnie czystość, ubóstwo i posłuszeństwo – i żyje teraz coraz bardziej dla innych. Dalej uczy, wykłada, pisze, przekonuje – ale przede wszystkim sama jest świadectwem. Jest dobra, uśmiechnięta, ciepła. Stara się o habilitację, lecz daremnie – jej pochodzenie zamyka przed nią kolejne drzwi. A jest już rok 1931. Po odejściu od dominikanek Teresie trudno odnaleźć się w świeckim życiu – czy tylko na skutek dyskryminacji etnicznej? – „przytula się” tym razem u benedyktynek we Fryburgu, później ląduje we wspomnianym już Instytucie Pedagogiki w Monasterze. Tam robi docenturę i marzy już po cichu o „prawdziwym” klasztorze – mimo że spowiednicy twierdzą, że z jej zdolnościami bardziej przyda się Kościołowi w cywilu. Gdy w 1933 roku zabroniono niearyjczykom pełnienia obowiązków publicznych, czterdziestodwuletnia już Teresa puka do karmelitanek w Kolonii.
Jakimś cudem (i dzięki czyjejś protekcji) ją przyjmują. Wybór karmelitanek, oczywiście, nie był przypadkowy – stykała się przecież ostatnio dość bezpośrednio z kilkoma innymi żeńskimi zgromadzeniami. Dlaczego karmelitanki? Na pewno nie bez znaczenia pozostawała postać świętej Teresy z Avila. Ale już dość dawno pani Stein podejmuje pewną bardzo karmelitańską ideę duchowości: ideę poświęcenia siebie za innych, dla niej samej szczególnie za jej naród. Nie, nie oznacza to, że jakoby zostając karmelitanką Teresa robiła sobie na złość czy podejmowała ogromny pokutny ciężar – chce tego, co wybiera i wie, że nie będzie szczęśliwa poza tą drogą. Tu jest szczęśliwa i promieniuje radością. A przecież ma także świadomość drugiego wymiaru swej decyzji i nie przypadkiem wraz z habitem przyjmuje imię Teresy Benedykty od Krzyża. Ona przecież wie, że  jej „szczęście i wierność musi przejść próbę walk codziennego życia. Oblubieniec, który ją wybrał, jest Barankiem Zabitym – i jeśli chce iść za Nim do chwały nieba, musi dać się przybić do Jego krzyża”.
Na razie krzyż jest bardzo prosty. Rodzina nadal nie akceptuje jej nawrócenia, tym mniej jej decyzję o wstąpieniu do klasztoru. Kolejne listy są wylewaniem nie tylko osobistych żali, ale i bzdurnych podejrzeń i – co teraz może Teresę boli najbardziej – fałszywych z gruntu opowiastek na temat „i co wy tam najlepszego robicie”. A naprawdę to siostra Teresa robi teraz cztery rzeczy: modli się, ofiarowuje się,  wykonuje najprostsze domowe obowiązki, choć te wyjątkowo jej nie idą, i ciągle pisze. Kończy właśnie „Byt skończony a byt wieczny”. W 1938 roku składa oficjalne śluby wieczyste.  Parę miesięcy później, na skutek rosnącego coraz gwałtowniej antysemityzmu, przełożeni wysyłają ją do klasztoru w Holandii. Tam Teresa rozpoczyna „Wiedzę Krzyża”, nigdy nie ukończone dzieło o świętym Janie od Krzyża. Tam też mozolnie spełnia wszystkie codzienne obowiązki, które nigdy chyba nie przychodziły jej z łatwością.
2 sierpnia 1942 roku aresztowana przez gestapo łapie za rękę swoją rodzoną siostrę Różę (która trochę wcześniej nawróciła się na katolicyzm i też wstąpiła do karmelu) i „za swój naród” spokojnie odchodzi do obozu w Westerbork. Stamtąd za parę dni wyjeżdża do Brzezinki. 9 sierpnia wraz z siostrą i wieloma innymi więźniarkami ponosi śmierć w komorze gazowej, ciała palą w krematorium. Nie zostaje nic. Szczyt karmelitańskiego ubóstwa?
Kanonizowana przez Jana Pawła II w 1998 roku. Jest jedną z patronek Europy.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz