Teresa

Teresa Martin, święta Teresa z Lisieux, Teresa od Dzieciątka Jezus i Najświętszego Oblicza, „mała” święta Tereska
być może od nazw greckich wysp Thera / Therasia albo gr. thér/théros „dzikie zwierzę”
wspomnienie obowiązkowe 1 października (dawniej 3 października)

Niewiele brakowało, by Teresa w ogóle nie przyszła na świat. Oboje jej rodzice w młodości wybierali się do zakonów, a nawet już po zawarciu związku małżeńskiego pani Martin (wierzcie lub nie) ciągle nie była pewna, czy dzieci naprawdę nie znajduje się w kapuście. Podobno oswajanie się z rzeczywistością fizjologii małżeńskiego życia (i to w teorii) zabrało jej około roku -  do praktyki państwo Martin przechodzą, za obopólną zgodą, dopiero po tym czasie. I chyba dobrze jest, bo dzieci rodzi się dziewięcioro. Teresa, urodzona w 1873 r, jest najmłodsza.
Chwili narodzin Teresy dożyły tylko cztery jej siostry. Pozostała czwórka rodzeństwa zmarła. Z powodu rozwijającego się już wtedy guza na piersi mama nie może ich wykarmić – a mamki różnie sobie z tym radzą. Po takich doświadczeniach próbowano Tereskę karmić sztucznie – i mała cudem ów eksperyment przeżywa. Oddana w końcu mamce, pierwszy rok życia spędza poza Alençon. Uparta i rozwrzeszczana, potrafiła jednak konsekwentnie dążyć do dobra i odrzucać zło. Rodzice otaczali ją miłością i od najmłodszych lat uczyli wiary.
Pielgrzymka do Lourdes nie przynosi cudu. Kiedy matka umiera na raka, Tereska nie ma jeszcze pięciu lat. Nie płacze, ale głęboko przeżywa – i dziewczyna długo, być może nigdy, nie radzi sobie z tą raną do końca. Do tego w życiu zaczyna się seria zmian: od przeprowadzki do Lisieux, wejścia w kompletnie nieznane środowisko, w którym dziecko zupełnie przestaje się odzywać do nieznajomych – dziś nazwalibyśmy to mutyzmem? – aż do pójścia do szkoły, na pensję benedyktynek. Tereska ma już teraz niemal 9 lat, zamieszkuje w internacie i wyrabia sobie opinię zdolnego acz niedostosowanego społecznie wrażliwca. Koleżanki się z niej, bywa, śmieją. A ona przeżywa kolejny cios. Jej starsza siostra Paulina wstępuje do karmelitanek. Dziewięcioletniego szkraba jakoś –mimo jej próśb – przyjąć nie chcą...
Prawdopodobnie przez silne przeżycia nerwowe zaczyna się dziać źle. Tereska pyskuje, kłóci się, płacze, a do tego uskarża na dziwne bóle w całym ciele. Potem gorączka, halucynacje, bezsensowne słowa. Zdrowieje nagle na jeden dzień, by uczestniczyć w Paulinkowych obłóczynach – potem jest znów coraz gorzej. I tak prawie dwa miesiące. W Zesłanie Ducha Świętego uzdrowiła ją Matka Boża –którą Tereska  widziała, choć sama długo nie będzie tego pewna.
Potem – zbyt wydelikacona chorobą, by wrócić do szkoły – wyjeżdża do rodzinnego Alençon, gdzie zaczyna pojawiać się w salonach i budzić podziw pięknością. Trudno potem wrócić do zwykłego życia dziesięciolatki w Lisieux. Jedyną pociechą jest przygotowanie do I Komunii, „pocałunku Miłości”, który czeka ją w tym samym roku. Później – ciągle znerwicowana, pozostająca pod wpływem duszpasterskiej gorliwości wyrażającej się straszeniem piekielnymi ogniami – chyba właśnie w Eucharystii znajduje siłę do zachowania tych „resztek spokoju”, które zachowuje. Bo generalnie ciągle jest rozchwianym emocjonalnie wrażliwcem, którego każda głupota potrafi doprowadzić do łez. Powoli kończy szkołę, przeżywa odejścia kolejnych sióstr do zakonów (Leonia trzykrotnie próbuje w trzech różnych, nim ląduje u karmelitanek). Jest trudno. Dopiero w 1886 roku trzynastolatka dojrzewa jednym skokiem – w noc Bożego Narodzenia, po Pasterce (jak sama pisze, dzięki wstawiennictwu zmarłego w dzieciństwie rodzeństwa i mocą przyjętej Eucharystii), doświadczając śmiesznej, drobnej rodzinnej przykrości, Tereska „przeżywa całkowite nawrócenie” – i już nigdy nie będzie się nad sobą rozczulać. Chce teraz zapomnieć o sobie, by żyć dla innych. Pierwszą „ofiarą” i „dzieckiem” duchowym będzie Pranzini, bandyta, któremu wyprosiła nawrócenie na chwilę przed egzekucją.
A sama Tereska zawzięcie wybiera się do karmelitanek, dementując w pamiętnikach, jakby decyzję podjęła pod wpływem i za przykładem sióstr. Cóż, wpływ zapewne był. Jednak bliskie stosunki samej najmłodszej panny Martin z Niebem także wątpliwościom podlegać nie powinny – i one zapewne miały decydujące słowo. Piętnaście lat to jednak zbyt mało, by zostać zakonnicą, i chociaż Tereska  porusza całą kościelna „górę”, z papieżem włącznie, trzeba trochę poczekać. Aż do kwietnia 1888 roku. Wtedy Tereska ląduje pośród „cudacznej kolekcji starych panien” – jak sama określa zakonnice – i, pomimo wielu przeciwności, jest jej dobrze. A przeciwności nie brakuje. Choroba ojca, uważana za chorobę psychiczną, nieogrzewana cela, oschłość współsióstr, „senność” na modlitwach.
Podczas obłóczyn otrzymuje imię Teresy od Dzieciątka Jezus i Najświętszego Oblicza. A potem najprostsze obowiązki „małej drogi świętości” – z myślą, że cokolwiek podejmowane dla Niego, w całej nieważności i nieznaczności, może  w łączności z Nim zbawiać świat.
A z tą „łącznością” (czy raczej z odczuwaniem łączności) też bywa nieciekawie. Ciemno. Przychodzą pokusy, nasuwają się straszliwe myśli. W dniu ślubów wieczystych Teresa płacze... Potem śmierć ojca i pierwsze objawy gruźlicy u Teresy. Chyba jej nie dziwią – świadomie oddała przecież siebie na ofiarę i „wszystko się zgadza”. Nawet fizyczna niemożność przyjęcia Komunii w ostatnich tygodniach życia wliczona jest w całokształt „kosztów”... Ale niemal do śmierci Teresa zwyczajnie pracuje, bardzo cierpiąc fizycznie i duchowo. Spisuje też swoje „Dzieje duszy” – opowieść o tęsknocie i o Miłości, która spełnia wszystkie jej szalone pragnienia (choć nie zawsze od razu i w przewidywalny po ludzku sposób). W ostatnich tygodniach już leży w klasztornym szpitaliku. Wykończona, 30 września 1897 roku widzi Go chyba wreszcie. Szepcze Mu, że Go kocha – i umiera.
„Inveni, quem diligit anima mea, tenui eum nec dimittam...”
Kanonizowana w 1925 roku, jest patronką misji, a także Francji i zakonów karmelitańskich, w Polsce patronuje archidiecezji łódzkiej. Jan Paweł II w 1997 roku nadał jej tytuł doktora Kościoła.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz