Serafina

błogosławiona Serafina de Montefeltro, Serafina Sforza
od łac. Seraphinus, hebr. seraphim „ogniści”, w Biblii aniołowie o sześciu skrzydłach.

Urodziła się około 1434 roku w Urbino we Włoszech, w rodzinie hrabiowskiej. Jej rodzice zmarli, gdy była małą dziewczynką. Rosła przez jakiś czas pod opieką brata, później opiekowała się nią dalsza rodzina. Kiedy miała 14 lat, nie pytając jej o zdanie wydano ją za mąż za czterdziestojednoletniego Aleksandra Sforzę.
No i się zaczęło. Niektóre źródła twierdzą, że mąż był zwyczajnie niedojrzały emocjonalnie (nawet w porównaniu do żony młodszej  o prawie trzydzieści lat? Ciekawe...). Inni podejrzewają jakieś dziwne powiązania mafijne pana Sforzy, a nawet twierdzą, że to Serafina prowadziła dziwne polityczne akcje przeciwko niemu. Tak czy inaczej, małżeństwo nie ułożyło się zupełnie. Pan Sforza wysuwał wieczne podejrzenia o wszystko, narastały konflikty ,kilkakrotnie posunął się ponoć nawet do próby zabójstwa „niewiernej” żony... Ostatecznie zdecydował się oskarżyć ją o cudzołóstwo i... za karę wygonić do zakonu. Wystarał się nawet o dyspensę u papieża (przecież pani Sforza była mężatką w trakcie trwania ważnego związku) i w 1457 roku zamknął dwudziestokilkuletnią Serafinę za klauzurą. Znów o zdanie jej nie pytając. Jest to jeden z nielicznych chyba przypadków w hagiografii, gdzie kobietę zamykają siłą w klasztorze... częściej bywało odwrotnie: to one chciały, a cały okoliczny świat nie pozwalał.
Biografowie zgodnie twierdzą, że wierność małżeńska pani Sforzy była bez najmniejszych zarzutów. Jeżeli nawet istotnie poprzednio prowadziła jakieś polityczne gierki przeciwko mężowi, to od chwili wstąpienia do klasztoru zaprzestała i tego. Była przykładną zakonnicą, pokutującą, rozmodloną. Wymodliła między innymi nawrócenie własnego męża, który przyszedł pod furtę, by błagać swą ex-żonę o przebaczenie. Po jego śmierci, w 1475 roku, Serafina zostaje ksienią swojego klasztoru. Trzy lata później umiera. Beatyfikowana przez Benedykta XIV w 1754 roku.
I takimi świętość chodzi drogami... czasem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz