Rita

święta Rita z Cascia, święta Ryta, Margarita Lotti
zdrobnienie wł. Margarita „Małgorzata”, od gr. margarítēs „perła”
wspomnienie dowolne 22 maja

Urodziła się jakoś około 1380 roku w Umbrii we Włoszech. Prawdopodobnie była jedynym dzieckiem w rodzinie ubogich górali. Legenda, jakich o życiu świętej Rity wiele, twierdzi, że bezdzietni rodzice wymodlili sobie córeczkę niemałym trudem. Jakkolwiek było, bardzo ją kochali. I jak to bywa, przez tę właśnie miłość strasznie zaplątali jej życie. Chociaż może było inaczej: może drogą Rity miało być, tak czy inaczej, cierpienie, samotność, niezrozumienie?
Ale zacznijmy od początku. Kilkunastoletnia Rita oznajmia, że chce wstąpić do zakonu. Rodzice mówią „nie”. I nie jest to chyba tylko zwykła reakcja matki i ojca na szokującą decyzję ukochanej jedynaczki. Tak się składa, że Rita żyje w dość nieciekawych dla Kościoła czasach: w rozdarciu między papieżem i antypapieżem, kiedy to nawet włoskie zakony miewały po dwóch przeciwstawnych sobie, bo ustanowionych przez rywalizujące władze, zwierzchników. W tej sytuacji życie w klasztorze wcale nie musi być ciekawe, a szanse na jego nieświętość – jak musieli to zauważyć rodzice Rity – gwałtownie rosną. Oprócz tego zrozumiała jest także zwykła chęć rodziców, by pozostawić sobie jakieś wsparcie na starość – a do tego znaleźli dla niej wspaniałego, jak sądzą, konkurenta.
Tak czy inaczej, dwunastoletnia (lub niewiele starsza) panna Lotti wychodzi za mąż. Paolo Ferdynand jest typem raczej rozrywkowym i wygląda na to, że konsekwentnie stara się realizować wizję „pana i władcy” domu. Życiorysy piszą, że „był brutalny” – najprawdopodobniej Rita często i z byle powodu obrywa, może nieraz i tęgie lanie. A żyją tak 18 lat, dochowując się dwóch synów (bliźniaków) – i są to lata naprawdę dla Rity ciężkie. Milczy, modli się, pracuje – znosząc mężowe bicie, twarde słowa, może gorszą jeszcze świadomość, że ojciec jej dzieci miesza się w podejrzane sprawy mafijnego światka, może najboleśniejszą myśl, że synowie idą w ślady ojca. Sąsiadki nazywają ją „kobietą bez urazy” – znają przecież warunki jej życia, może nie raz same doświadczają jej łagodności.
Rita zyskuje tyle, że w ostatnich latach małżeństwa Paolo wyraźnie się zmienia. Jest już starszy, bardziej zrównoważony, spokojniejszy. Zapewne podziwia niezachwianą dobroć żony – i może podejrzewa, że to jej modlitwa i ofiara wyprosiły mu nawrócenie? Ale życia nie da się tak po prostu zmienić, odrzucając całą jego (zwłaszcza nieciekawą) historię. Paolo – w ramach wendety – zostaje zamordowany. Zanim umrze, wybaczy jeszcze zabójcom. Za to obaj synowie nad ciałem ojca poprzysięgają zemstę.
Rita jest zrozpaczona. Tłumaczy, błaga, modli się o zrozumienie – nic. Dwóch nastolatków, wychowanych na dość specyficzny (choć może i typowy w tamtym miejscu i czasie) ojcowy wzór zwyczajnie nic nie rozumie. Wtedy Rita zaczyna desperacką, szaloną modlitwę, by jej dzieci raczej same umarły niż dopuściły się morderstwa. „Lepiej umrzeć przebaczając niż żyć bez przebaczenia” – mówi. Jeśli odrzucić perspektywę Wieczności, logika absurdalna. A jednak... Obaj chłopcy umierają podczas panującej w mieście zarazy, pojednani z nieprzyjaciółmi i z Kościołem.
Rita jest wolna. Jej rodzice też już dawno nie żyją, może myśleć o realizacji swych dziecięcych marzeń. W Kościele też jakby zaczęło się zmieniać na lepsze – sobór w Konstancji kończy wreszcie Wielką Schizmę (która, nawiasem pisząc, też pewnie nieźle leżała Ricie na serduszku – i osobiście wcale bym się nie zdziwiła, gdyby na Sądzie Ostatecznym się nagle okazało, że i tutaj święta Rita załatwiła parę beznadziejnych spraw...).  W każdym razie Rita – ponad trzydziestoletnia już wdowa – puka do furty augustiańskiego klasztoru św. Marii Magdaleny w Cascia. Dwukrotnie jej odmawiają – jest zwyczajnie za stara, poza tym augustiańska reguła nie pozwala przyjmować wdów. Rita nie ustępuje. Któregoś ranka zdumione siostry znajdują ją już za klauzurą, w kaplicy. Rita twierdzi, że przyprowadzili ją święty Augustyn wraz ze świętym Janem Chrzcicielem i świętym Mikołajem – a wszystkie drzwi otwierały się przed nimi same.
Zostaje. Jako analfabetka jest zakonnicą „drugiego rzędu” – ma spełniać w klasztorze rolę podrzędnej służącej. I spełnia ją, tak samo cierpliwie jak w domu – może to właśnie była najlepsza szkoła? – gotuje, pierze, sprząta. Siostry, w bardziej lub mniej szczytnych celach, ćwiczą w niej jeszcze praktycznie pokorę i cierpliwość. Legenda opowiada, jak Rita, otrzymawszy polecenie podlewania wyschniętego kawałka drewna, wytrwałą opieką zamienia je w owocujący krzew winorośli. Winorośl jak winorośl – w wytrwałe podlewanie jestem w stanie uwierzyć.
A jej ciągle mało. Nie mówi wiele o sobie, ale siostry widzą, jak się modli, płacze, całuje zakonną obrączkę. Podejrzewają ją o wielkie mistyczne przeżycia. I cóż – być może mają rację.
Pewnego dnia Rita wraca z modlitwy z bolesną raną na czole. Podobno „odłamał się” jeden z kolców cieniowej korony Jezusa na krucyfiksie i „tak ją jakoś ukłuł”. Rana ropieje i najzwyczajniej w świecie śmierdzi. I tak przez 15 lat. W 1450 roku, by mogła się udać do Rzymu na pielgrzymkę jubileuszową, wyprasza sobie zniknięcie rany i efektów towarzyszących. Po powrocie do Cascia stygmat powraca... Rita zamieszkuje w celi na samym końcu korytarza i kto nie musi, zwyczajnie tam nie zachodzi. Niestety, coraz częściej zagląda tam pielęgniarka. Rita ma gruźlicę.
Umiera 22 maja 1457 roku, ma pod osiemdziesiątkę, z czego 40 lat przeżyła w klasztorze. Podobno parę dni przed śmiercią ma mistyczne wizje. Podobno jeszcze wcześniej, w zimie, w ostatnim grudniu swojego życia, Rita wysyła kogoś po rozkwitłą dla niej w śniegu różę – i rzeczywiście przynoszą jej piękny, pachnący kwiat. A o zapachach pisząc – po śmierci ciało Rity pachnie. Znika wstrętny odór gnijącego mięsa, co już samo w sobie jest cudem. A cudów za sprawą Rity jest coraz więcej. W 1627 roku stwierdzono także, że jej ciało nie nosi najmniejszych oznak rozkładu.
Kanonizowana w 1900 roku, jest patronką w sprawach trudnych i beznadziejnych. Ale uwaga – Rita, zawsze bezkompromisowo święta i szaleńczo wierna Bogu (co na jedno wychodzi) załatwia  czasem „beznadziejne” sprawy po swojemu, szaleńczo i bezkompromisowo, i nie zawsze łatwo – jak nawrócenie swych własnych synów.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz