Małgorzata

święta Małgorzata Maria Alacoque
od gr. margarítēs „perła”
wspomnienie dowolne 14 października

Urodziła się 22 lipca 1647 roku w Burgundii we Francji, jako piąte z siedmiorga rodzeństwa. Rodzice widocznie sporo mieli z tą gromadką kłopotu, bo kiedy Małgosia miała cztery latka, odesłali ją na jakiś czas do mieszkających nieopodal krewnych – i tam właśnie (chyba ktoś ją nakrył?) dziewczynka po raz pierwszy werbalizuje swoje „wieczyste śluby”. W kolejnych latach, jak się wydaje, więź Małgosi z domem wcale się nie zacieśnia – po śmierci ojca (1655 r.) dziewczynka zostaje wysłana do kolegium prowadzonego przez klaryski. Tam dziewięciolatka przyjmuje pierwszą komunię. I tu się zaczyna Boże upominanie się o Gosieńkę – jak sama pisze, to, co kiedyś sprawiało jej radość, zaczęło nagle i niepojęcie ranić. Już teraz ją ciągnie od zabaw z koleżankami do  samotności, do modlitwy – i boli ją tylko, że inni to widzą. Bardzo prawdopodobne, że układa sobie już gdzieś głęboko plan zostania klaryską. Do domu nie ciągnie jej wcale. A On mówi „nie”.
Dziesięcioletnia Małgosia zapada nagle na poważną chorobę, być może paraliż dziecięcy. Zakonnice odsyłają ją do domu, a matka – prawdopodobnie zwyczajnie zbyt uboga, by jeszcze i chore dziecko utrzymać - lokuje ją u krewnych, nie przejmując się zupełnie ani cierpieniem córeczki, ani szorstkością charakteru opiekujących się nią ciotek. Po czterech latach choroby Małgosia postanawia wstąpić do zakonu wizytek, gdyby odzyskała zdrowie i (nagle i podobno cudownie) zdrowieje. Ale z tym zakonem to wcale nie tak łatwo. Po pierwsze, ma dopiero jakieś 14 lat. Trzeba poczekać.
Małgosia nadal pozostaje w domu krewnych – i pomaga im we wszystkich możliwych codziennych pracach, a także od czasu do czasu zwyczajnie się bawi – bywa na zabawach i przyjęciach i chyba powolutku zaczyna jej się to podobać. I może dopiero wtedy, kiedy matka i bracia (wciąż finansowo zależni od pomocy rodziny) usiłują wydać ją za mąż,  osiemnastoletnia już Małgosia przeżywa swoisty nokaut. Przecież ona już w sercu ślubowała. Mówi „nie” i rozpoczyna swoją walkę – przeciwko rodzinnym planom na temat własnej przyszłości, ale pewnie także przeciwko sobie samej. I cóż, bywa trudno – zwłaszcza, że wypadłszy z rodzinnych łask, pozostając na pozycji ubogiej krewnej, nawet sukienki musi pożyczać, by wyrwać się do kościoła – i wysłuchuje wtedy, że jakoby latała randkować z jakimś podejrzanym mężczyzną. Wtedy chyba po raz pierwszy widzi w objawieniach Chrystusa – poranionego, umęczonego. I dla Niego zaczyna znosić ból, dla Niego zaczyna kochać – zaczynając od najbliższych sobie, nie wybierając mniej wrednych spomiędzy bardziej wrednych.
Walka przeciwko sobie samej wcale nie jest mniej trudna. Dopadają ją wątpliwości, czy powinna respektować swe dziecięce śluby. Z czasem rodzina staje finansowo na własnych nogach, świat znowu staje przed nią otworem. Do tego zastanawia się, czy wolno jej przeciwstawić się woli matki i „wpędzić ją do grobu”. Ale najgorsze są chyba skrupuły. Małgosia zupełnie poważnie uważa, że nie nadaje się na zakonnicę, że jest zbyt wielką grzesznicą, że za bardzo pociąga ją świat. I tak sobie walczy, pomiędzy objawieniami a ciemnościami, przez lata. W końcu On chyba zrezygnował z brania jej na litość – skoro nie przekonały jej parokrotne przynajmniej wizje Jego ran, i na zazdrość – skoro nie potrafiło jej złamać nawet bolesne odczuwanie, jak bardzo świat jej nie wystarcza. Bierze ją na piękno. Przychodzi tak cudowny, że Małgosia nie potrafi Mu odmówić. I wreszcie wypowiada swoje „tak”.
W 24 roku życia jedzie do sióstr Nawiedzenia (wizytek) w Paray-le-Monial, byle dalej od domu (ach, ta Małgosiowa więź z rodziną...). W sierpniu 1671 roku zakłada habit, jest szczęśliwa. Zbyt szczęśliwa. Wizytkom wcale nie podoba się ta nowicjuszka wpadająca w ekstazy. Na szczęście Małgorzata – po niezłej szkole wyniesionej z własnej rodziny – potrafi bardzo pokornie sprzątać schody wtedy, kiedy inne siostry mogą się modlić. Kiedy mimo to nie chcą jej dopuścić do ślubów, wyprasza sobie zwolnienie od łask sprzecznych z duchem swego zgromadzenia. W listopadzie 1672  składa śluby – i znów się zaczyna. „Widziałam Go” – napisze później siostra Małgorzata Maria – „czułam Go przy sobie, słyszałam głos Jego.” Cierpiała dla Niego także. Te dwie strony mistycznego medalu są, zdaje się, nierozłączne. Znów wracają wizje poranionego Chrystusa. I – pomimo widocznego wciąż braku odwagi – Małgorzata prosi, by mogła być wtedy z Nim. W najprostszych rzeczach, zwykłych upokorzeniach codzienności.
Jakoś po Bożym Narodzeniu 1673 czy 1674 roku Małgorzata ma pierwsze objawienie Serca Jezusa. Objawień takich było potem, w ciągu najbliższych 18 miesięcy, wiele. Jeśli my w XXI wielu odkrywamy sobie mozolnie, że Deus Caritas est, to wyobraźmy sobie, jak takie odkrycie wyglądało te drobne trzysta kilkadziesiąt lat temu, kiedy większość autorytetu Kościoła u wiernych opierała się na szacunku graniczącym z bojaźnią. W tym właśnie czasie Bóg pokazuje człowiekowi swoje Serce -  stęsknione, rozkochane, spragnione. Wtedy właśnie Jezus mówi do Małgorzaty „ukochana” – i prosi o jak najczęstsze przyjmowanie Eucharystii, zwłaszcza w pierwsze piątki miesiąca, o godzinną modlitwę od 11.00 do 12.00 w nocy z czwartku na piątek jako wynagrodzenie za Ogrójec, wreszcie o ustanowienie święta Serca Jezusa w piątek po oktawie Bożego Ciała.
Oczywiście, że nikt jej nie dowierza. Wizytki od samego początku nie były przekonane co do jej ekstaz i wizji, a teraz wierzą jej tym mniej. Małgorzata znosi przytyki i upokorzenia, trochę choruje. Potem, dzięki pomocy spowiednika, powoli zaczynają jej chyba wierzyć, do tego zmieniają się klasztorne „władze” -  mija jeszcze kilka lat i Małgorzata zostaje mistrzynią nowicjatu. I oczywiście nie jest przypadkiem, że nowicjuszki w jej klasztorze starają się wypełniać to wszystko, o co Jezus prosił Małgorzatę. Stąd już tylko krok, by w klasztorze obchodzić święto Bożego Serca – po raz pierwszy w 1686 roku. Za kolejne dwa lata do specjalnie wybudowanej kaplicy będą już przychodzić także ludzie z zewnątrz.
W 1690 roku Małgorzata zostaje asystentką przełożonej. Ale ona już wie, że czas umierać. Ma dopiero 43 lata, na okaz zdrowia nie wyglądała nigdy – więc znowu jej nie wierzą, gdy mówi, że umrze. A Małgorzata przyjmuje Wiatyk i – o ironio, ona! – drży przed Bożą sprawiedliwością i ucieka w Boże miłosierdzie. Umiera 17 czy 18 października 1690 roku. Cztery lata później zostaje beatyfikowana. Ale kultu Serca Jezusowego Watykan nadal nie zatwierdza.
Pomogli dopiero polscy biskupi. W 1765 roku, siedemdziesiąt lat z hakiem po śmierci Małgorzaty, wysyłają do papieża Klemensa XIII stosowne pismo – i papież zezwala na „Małgorzatowe” nabożeństwa (w tym obchodzenie święta Najświętszego Serca) najpierw tylko wizytkom, potem całej Polsce. Cały Kościół otrzymuje takie prawo dopiero w 1856 roku, a Małgorzata zostaje kanonizowana jeszcze później – w 1920. Bóg ma czas. A pierwsze piątki miesiąca i święto Najświętszego Serca obchodzimy do dziś. Może warto by było pamiętać czasem także o czwartkowonocnej modlitwie?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz