Gemma

święta Gemma Galgani, Gemma Humberta Pia Galgani
łac. gemma „szlachetny kamień, klejnot”

Urodziła się we Włoszech w 1878 roku, jako piąte z ósemki dzieci w rodzinie aptekarza. Ochrzczona następnego dnia po urodzeniu – i już to świadczy o świętej atmosferze rodzinnego domu. Chora na gruźlicę matka równie dobrze przekazuje wiarę jak umiejętność czytania – podobno Gemma już jako pięcioletni dzieciak fascynowała dorosłych umiejętnością modlitwy.
Kiedy miała jakieś siedem lat, po raz pierwszy (czy naprawdę pierwszy?) usłyszała Go – prosił, by oddała Mu mamę. Oddała. I już nigdy potem nie potrafiła Mu niczego odmówić, choćby bardzo bolało. Matka Gemmy umiera.
Jakiś czas dziewczynka uczy się w domu, potem wysyłają ją do szkoły sióstr Oblatek Ducha Świętego, szkoły zwanej także Instytutem św. Zyty. Inteligentna, uzdolniona matematycznie, kłopotów z nauką nie miała. Jest może mało społecznym typem –często zostawia koleżanki, lubi być sama. Może w niej samej dzieje się już zbyt dużo, by starczyło czasu i uwagi na „zewnętrzne drobiazgi”? Gemma ma osiem lat, gdy  przyjmuje I Komunię i – jak to kiedyś bywało - sakrament bierzmowania – pisze wtedy o „szczęściu nieskończonym”. I nawet jeśli to tylko takie nabożne wyrażenie przejęte w klasztornej szkole, Gemma naprawdę zakocha się w Eucharystii. A On – jak wtedy, za pierwszym razem – bywa jej Niebem.
Innym znakiem charakterystycznym małej Gemmy, uwidaczniającym się  jeszcze w domu i później w szkolnym internacie, będzie ukochanie krzyża. Nie przypadkiem pewnie trochę później dostanie się pod opiekę księży pasjonistów. Ale teraz, póki co, dziewczynka się uczy – także panowania nad sobą, życzliwości dla ludzi, zdobywania ich dla Pana modlitwą i ofiarą – i, wierzcie czy nie, ten mały skubaniec wie, że wyprosił komuś łaskę! – zdaje się, że wtedy też poznaje swojego Anioła Stróża. I czasem się z nim dosłownie kłóci, nie troszcząc się nawet, by ściszyć głos.
Nie zdążyła skończyć szkoły. Opuszcza ją niby tylko na pewien czas, żeby zająć się umierającym na gruźlicę bratem – ale po jego śmierci sama jest tak wykończona, że sama tę opiekę odchorowuje. Zaraz potem bolesna operacja nóg. Na powrót do nauki nie ma już sił. Nie wystarcza ich zresztą także na wstąpienie do zakonu, choć marzenia są. Kilku kolejnych kandydatów do ręki panny Galgani zostaje konsekwentnie odrzuconych. Bo ona już, zdaje się, wie, czego chce – i zgadza się być oblubienicą Ukrzyżowanego Króla.
Potem wszystko dzieje się szybko i intensywnie. Choroba i śmierć ojca, bankructwo, diagnoza gruźlicy kręgosłupa u Gemmy – i cały rok nieruchomego leżenia w gorsecie. Do tego w pewnym momencie zabrakło dla niej miejsca w jej własnym domu – i to może boli jeszcze bardziej, dotkliwiej pewnie nawet niż kolejna operacja i stwierdzające stan beznadziejny orzeczenia lekarzy.  
W marcu 1899 roku, po spowiedzi i Komunii, słyszy „czy chcesz wyzdrowieć?” Pewnie, że chce. I zdrowieje – zaczyna znowu chodzić, pracować, codziennie rano biega na Mszę.  I tak do czerwca. W dniu oktawy Bożego Ciała otrzymuje stygmaty. Rany krwawią, bolą. „Zobacz, co mi zrobił Jezus” – mówi Gemma do którejś ze swoich ciotek. To się zaczyna w czwartek wieczorem, a kończy w piątek wieczorem albo w sobotę rano – co tydzień przez rok. Badania lekarskie zlecone przez któregoś z odwiedzających Gemmę księży i diagnoza histerii na tle religijnym. Ciekawe, że od soboty do czwartku dziewczyna zachowuje się zupełnie normalnie – chodzi, pracuje, śmieje się. Chyba właśnie jej radość przykuwa uwagę otoczenia.
Gemma kocha. Spierając się z Aniołem Stróżem, molestując Jezusa o zbawienie tego czy tamtego człowieka, ale także zapewne wysłuchując mało wyrafinowanych komentarzy na swój temat, znosząc nierozumiejące niczego milczenie, wreszcie zwyczajnie cierpiąc. Gemma kocha – i dlatego na polecenie księdza prosi o ukrycie stygmatów (pozostają białe plamy na skórze, a czy pozostaje ból?), dlatego też – o ile wiemy – na kilka lat przed śmiercią składa przy spowiedniku prywatne śluby czystości, ubóstwa i posłuszeństwa, dodając do nich czwarty ślub według zwyczaju pasjonistów, ślub „głoszenia światu hańby i chwały krzyża”.
W 1902 roku, w lecie, znów podupada na zdrowiu. Na początku 1903 roku diagnozują gruźlicę. Gemma opuszcza na koniec także swój przybrany dom, by nie zarażać licznej rodziny opiekunów. Umiera w Wielką Sobotę 1903 roku, mając 25 lat. Wreszcie nie boli...
Kanonizowana przez Piusa XII w 1940 roku – nie dlatego, że wiele w życiu zrobiła, nie w nagrodę za ekstatyczne „odloty”. Może dlatego, że – porwana w Miłość – do końca życia nie potrafiła zrozumieć, jak da się żyć nie miłując Jezusa, według jej własnych słów, jej „kochanego Oblubieńca, któremu oprzeć się nie można”.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz