Elżbieta

błogosławiona Elżbieta od Trójcy Przenajświętszej, Elisabeth Catez, Maria Józefina Elżbieta Catez, Laudem Gloriae
hebr. Elisheba „mój Bóg jest doskonałością” lub „mój Bóg jest przysięgą”

Urodziła się 18 lipca 1880 roku w Avor we Francji, podobno w obozie wojskowym – jej ojciec był kapitanem francuskiej armii. Ochrzczona przez wojskowego kapelana i od dzieciństwa wychowywana w surowej, niemal wojskowej atmosferze, nie tylko przez ojca (który zresztą wcześnie umarł, Ela miała 7 lat), ale przez matkę – kobietę mało skłonną do uzewnętrzniania uczuć, o silnym charakterze.
Kiedy Ela ma rok, oddział jej ojca zostaje przeniesiony do Dijon – i tam zamieszkują państwo Catez, tam też rodzi się ich druga córeczka Małgorzata. W porównaniu z Elą Małgosia to aniołek. A Elżbietka, prawem kontrastu, dorabia się epitetu diablęcia. Od niemowlęctwa nadmiernie żywa, wybuchowa, gwałtowna, niejednokrotnie wywołuje awantury w domu. Zaczyna nad sobą pracować – z mniejszymi niż większymi sukcesami – chyba od pierwszej spowiedzi. Ma wtedy siedem lat i „krew się w niej czasem gotuje”, zwłaszcza kiedy posądzają ją o złe czyny, których (akurat) nie popełniła. Jako siedmiolatka Ela zaczyna też edukację. Do domu przychodzi prywatna nauczycielka, dziewczynka uczęszcza też do konserwatorium na lekcje fortepianu. Jako trzynastolatka zdobędzie medal za grę, muzykę będzie czuła i kochała zawsze.
Ciekawe – źródła podają, że Ela już w wieku lat ośmiu zwierzyła się komuś, że zostanie zakonnicą. Być może zwykłe dziecięce paplanie, klasztor karmelitanek sąsiaduje z domem dziewczynki. Być może pod „paplaniem” kryje się coś więcej, może rzeczywiście zaczyna formować się ta jedyna więź z Bogiem? Fakt, że Francja w czasach po rewolucji krajem specjalnie prokatolickim nie była... życie w klasztorze, przy nieustannym zagrożeniu, że w każdej chwili może zostać on rozwiązany, nie przedstawia się jako najciekawsza perspektywa. Ośmiolatka zapewne nie zdaje sobie z tego sprawy, świetnie wie o tym jednak pani Catez – i trudno jej się dziwić, że nie jest (i nigdy nie będzie) zachwycona planami starszej córki.
Tymczasem Elżbietka w jedenastym roku życia przystępuje do I komunii. I tu mamy pierwszy dowód na piśmie, że między Bogiem a małą Catez naprawdę rozgrywa się głęboka relacja. W dzienniczku, zresztą prowadzonym w bardzo artystyczny a mało systematyczny sposób, Elżbieta będzie wspominać ten dzień jako przedziwną mieszankę milczenia, miłości i rozkoszy. „Od tego dnia nie mam już innych tęsknot, jak oddać Mu życie, odwzajemnić choć trochę Jego wielką miłość w Eucharystii” – napisze. Cokolwiek dzieje się wewnątrz, dla otoczenia uwidacznia się dużym sukcesem w powściąganiu gwałtownego temperamentu Elżuni. Matka widzi, jak córka dzielnie pacyfikuje swój gwałtowny charakter – i mimo że przez wiele kolejnych lat wraz z życzeniami noworocznymi będzie jeszcze otrzymywać obietnice poprawy zachowania „ale już naprawdę, nie tak, jak w zeszłym roku”, to generalnie wszystko idzie ku lepszemu. Nie trzeba już będzie, jak kilkakrotnie wcześniej, straszyć Elżbietki odesłaniem do domu poprawczego Dobrego Pasterza...
Wraz z próbami opanowania temperamentu Elżbieta próbuje podejmować post. Nakrywa ją, oczywiście, mama. Chyba znów jest awantura – a może nie, może dziewczynka i przez to przechodzi w miarę łagodnie? W każdym razie dociera do niej, że nie tyle charakter i jego wady, przy całej swej rozliczności, stanowią jej problem, co przedkładanie własnej woli nad posłuszeństwo. Kolejny kroczek na drodze ku Bogu. Następnym będzie chyba prywatny ślub czystości. Ela ma wtedy 14 lat, jest piękną, długonogą brunetką, duszą towarzystwa, sercem zabaw i przyjęć. Jej życie towarzyskie to jedno pasmo sukcesów. Przez kilka następnych lat Ela będzie się stroić, tańczyć, podróżować, przyciągać spojrzenia chłopców... z (przynajmniej) jednym z nich będzie zresztą korespondować niemal do śmierci, nazywając go „swoim braciszkiem”. Równolegle rozczytuje się w pismach świętych karmelitanek i modli się o „samotność serca”, a przez okno tęsknie spogląda w stronę karmelitańskiego klasztoru.
Matka, dowiedziawszy się tym razem poważnie o planach córki, wpada w panikę. Ela przez jakiś czas ma zakaz odwiedzania zakonnic, ograniczenie wychodzenia do kościoła, nawet szlaban na Komunię. Nikt jednak nie może zabronić tego, co dzieje się w jej sercu. „Elżbieto, ty widzisz Boga!” – krzyknie do niej koleżanka na jakiejś imprezie, zdumiona rozświetlonym wzrokiem przyjaciółki. „Gdy żyje się tylko Bogiem, nawet wśród świata słyszeć Go można w ciszy serca, które do Niego pragnie jedynie należeć” – zapisze w tym czasie Elżbieta. A jednak tęskni. W końcu matka zgadza się na jej decyzję, stawiając jednocześnie termin – za dwa lata – i przedstawiając typowanego dla niej idealnego kandydata na męża. Elżbieta postanawia dwa lata odczekać. Dwa lata, w ciągu których z jednej strony trwa milczący domowy konflikt, a z drugiej wolno już jej do woli biegać i do kościoła, i do klasztoru. Śpiewa więc w chórze, katechizuje dzieci – i czeka. Do karmelitańskiej furty puka dokładnie w swoje 21 urodziny.
Jest zczęśliwa, kwitnie. „Życie karmelitanki to komunia z Bogiem od rana do wieczora” – pisze. „Życie nasze jest początkiem nieba.” Schody zaczynają się po obłóczynach. Siostra Elżbieta od Trójcy Przenajświętszej wchodzi w noc. Dawne ideały się kruszą, bujny temperament przynosi burze nastrojów. Nie dopuszczają jej w oznaczonym czasie do ślubów, przedłużając nowicjat. Później też mają wątpliwości, a i ona sama nie jest pewna, czy w takim stanie powinna ślubować. Dopiero 10 stycznia 1903 roku, w przeddzień profesji, robi się widniej. A potem „On jest wreszcie wszystek jej, a ona cała Jego, ma tylko Jego i On jest dla niej wszystkim.”
W 1904 roku po raz pierwszy Elżbieta podpisuje któryś z listów jako Laudem Gloriae –„chwała Majestatu” (Ef 1,6). Sama definiuje swój podpis jako „duszę mieszkającą w Bogu, miłującą Go czystą i bezinteresowną miłością, nie szukającą dla siebie słodyczy tej miłości, lecz miłującą Go niezależnie od wszystkich otrzymywanych od Niego darów.” Długa droga przez ciemności nowicjatu przyniosła owoc. W innym miejscu Elżbieta stwierdza, że „Laudem Gloriae to dusza milczenia, która zachowuje się jak lira pod tajemniczym dotknięciem Ducha Świętego, aby mógł z niej wydobywać Boską melodię. Ona wie doskonale, że cierpienie jest struną, która wydaje najpiękniejsze dźwięki i dlatego chętnie widzi ją w sobie, aby móc najczulej wzruszać serce swojego Boga.” Bo przecież Elżbieta jest karmelitanką. Idea ofiary z siebie za świat jest jej bardzo bliska – tak bliska, jak tajemnica przebywania w niej Trójcy Świętej, „jej Trzech”.
W następnym roku pojawiają się pierwsze objawy choroby. Siostra Elżbieta spokojnie rezygnuje z kolejnych klasztornych obowiązków. W kwietniu 1906 roku jest umierająca. To choroba Addisona, pewien szczególnie wredny rodzaj anemii rozwijającej się po uszkodzeniu nadnerczy. Elżbieta będzie powoli konać do listopada. Kilka dni przed śmiercią napisze: „moim posłannictwem w Niebie będzie pociągać dusze, pomagając im wyjść z siebie samych, by przylgnęły do Boga.” Umiera 9 listopada 1906 roku. Pozostaje po niej cała masa pism: wspomniany, choć niepełny, dzienniczek, ponad 300 listów, wiersze, teksty teologiczno-mistyczne. Jan Paweł II beatyfikował ją w 1984 roku.
Z pewnością nie jest jedyną prześliczną brunetką, która „zmarnowała życie” dla Miłości za klauzurą. Być może smaczku dodaje sprawie fakt, że to XX-wieczna Francja. Taki prztyczek w nos dla zsekularyzowanego świata.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz