viduam nolite calumniari (Za 7,10)

Z danych statystycznych na rok 2004 wynika, że przeciętna kobieta żyje o pięć lat dłużej niż przeciętny mężczyzna. W przeszłości, jak wynika z analizy żywotów świętych,  występowały podobne różnice. Abstrahując od stanu zdrowia (tak zwana „słaba” płeć w wielu wypadkach okazuje się lepiej znosić trudy życia), mężczyźni, bywało, ginęli w przeróżnych wojnach i wypadkach, które kobietom – często zamkniętym w domowym zaciszu – zagrażały w dużo mniejszym stopniu. Wynikałoby z powyższego, że  wiele spośród świętych zamężnych kobiet w pewnym momencie zostawało wdowami. I rzeczywiście, zdarzało się to często – i czasami po kilku zaledwie latach małżeństwa. Święta Rita owdowiała mając trzydzieści kilka lat, święta Elżbieta Węgierska w wieku lat dwudziestu była już  wdową, święta Joanna Franciszka de Chantal straciła męża, kiedy dochodziła do trzydziestki.
Z pewnością wiele kobiet owdowiałych w tak młodym wieku zwyczajnie wychodziło ponownie za mąż. Z pewnością wiele spośród nich żyjąc w kolejnym małżeństwie dochodziło do świętości. Są jednak święte wdowy, które – pozostawszy same nawet na wczesnym etapie życia – drugi raz za mąż nie wyszły. Dlaczego?
Niektóre, jak święta Joanna Franciszka, zbyt kochały swoich mężów, by pozwolić, aby ktokolwiek inny tak szybko zajął ich miejsce. Inne, zajęte wychowaniem potomstwa, być może po prostu obawiały się, że kolejne zamążpójście wyrządziłoby dzieciom z pierwszego małżeństwa krzywdę, tak w kontekście spraw majątkowych, jak w sferze emocjonalnej. Jeszcze inne decydowały się na życie zakonne – święta Rita została augustianką, błogosławiona Gizela – benedyktynką. Niektóre zakładały nowe zgromadzenia zakonne. Wspomniana święta Joanna Franciszka de Chantal opłakawszy męża zapoczątkowała zakon wizytek. Ale o zakonnicach napiszę później. Teraz powróćmy do pań, które nie zdecydowały się na żadną nową drogę życia i pozostały we wdowieństwie.
W zasadzie sądzę, że można podzielić je na dwie kategorie. Pierwsza polegałaby na dochowaniu wierności zmarłemu mężowi (świętą wdowę, jak każdą osobę żyjącą poza małżeństwem, obowiązuje pełna czystość seksualna), poświęceniu własnym dzieciom i – na miarę możliwości i pozostałego czasu – sprawom Kościoła i społeczności. Drugą z nich będzie może coś, co Kościół zauważył chyba dopiero w 1998 roku – tak przynajmniej wynikałoby z poprawek do Katechizmu zatwierdzonych przez Kongregację Nauki Wiary pismem z dnia 25 kwietnia 1998 r. (na podstawie informacji z http://www.katechizm.opoka.org.pl/) – wdowieństwo rozumiane jako rodzaj życia konsekrowanego, przeżywane  w wyłącznej (od pewnego momentu w życiu) przynależności do Boga. Zewnętrznie te dwa mogą – przynajmniej na początku – wyrażać się tak samo: opieką nad dziećmi, zaangażowaniem w pomoc drugiemu człowiekowi. Różnica polega na motywacji podejmowanych działań i poczuciu – bądź braku poczucia – wdowieństwa. To przedostatnie można by porównać do swego rodzaju „dziury w sercu” – nosi ją zapewne wdowa, która przedłuża żałobę po mężu na okres całego swego życia, a poświęcając się przede wszystkim własnej rodzinie dochowuje wierności pamięci zmarłego i – gdzieś bardzo głęboko – oczekuje na spotkanie go w Niebie. „Ziemskie” najważniejsze miejsce w jej myślach ciągle zajmuje (nieobecny) mąż. Tymczasem druga „kategoria” wdów, zahaczająca o życie konsekrowane, najważniejsze „ziemskie” miejsce w myślach i sercu oddaje w pewnym momencie Chrystusowi. Przy takim rozróżnieniu o motywacji podejmowanych działań nie muszę już długo pisać, jest oczywista.
Nie ma, rzecz jasna, lepszej ani gorszej drogi – na każdej z nich można dojść do świętości, a wybór, jak zwykle, aby przyniósł szczęście i realizację, powinien być uzależniony od odczytania woli Bożej, nie od widzimisię wybierającej owdowiałej pani. Podejrzewam, że bardzo wiele świętych wdów tego zwyczajnego, pierwszego rodzaju w Niebie zobaczymy. A ponieważ drugi rodzaj jest bardziej „niezwykły”, a w każdym razie łatwiejszy do zauważenia, to większość beatyfikowanych i kanonizowanych wdów Kościoła zaliczylibyśmy zapewne do kategorii numer dwa... Ostateczne słowo, oczywiście, należy do Tego, który zna serca i umysły (ale czy dla Niego ważne są w ogóle takie podziały?). Bo patrząc na bardzo zwyczajne życie świętej Anastazji, która wypełniała swe wdowieństwo najprostszą pomocą dla chrześcijańskich więźniów w Rzymie pierwszych wieków – czyż można przesądzić, co działo się w jej sercu i z jaką motywacją to czyniła?
Czasem wskazówką mogłyby być śluby, jakie święte wdowy składały na przykład w Trzecim Zakonie Franciszkańskim – lecz jest to przecież „zakon świecki” i nie stanowi formy życia konsekrowanego. Czy święta Elżbieta Węgierska, tercjarka oddana wychowaniu swoich dzieci, dziełom charytatywnym, modlitwie i pokucie zalicza się do „wdów konsekrowanych”? Któż wie, komu i czemu było podporządkowane w tym czasie całe jej istnienie i każde z jej działań? Warto przy tym pamiętać, że na przykład święta Elżbieta Portugalska (także tercjarka) celowo odczekała ze złożeniem „prawdziwych” ślubów zakonnych (a więc konsekracyjnych) do samej końcówki swego życia – bo chciała przedtem jak najwięcej dobra uczynić przy pomocy swojego majątku, którym jako zakonnica rozporządzać by już nie mogła. Pytanie pozostaje to samo: dla kogo biło jej serce przez ponad 10 lat wdowieństwa, i jaki byłby sens konsekracji na łożu śmierci, gdyby nie była własnością Pana już dużo, dużo wcześniej...
Na koniec jeszcze o dwóch wdowach błogosławionych: Anieli i Dorocie. Obie panie doświadczają wielkich przeżyć mistycznych, obie także "przez surowe odsunięcie się od świata, milczenie, samotność, gorliwą modlitwę i pokutę poświęcają swoje życie na chwałę Boga i zbawienie świata” (KKK 920) – i to w stopniu ekstremalnym, decydując się na krok niepojęty – w ogóle nie opuszczając maleńkiego wyznaczonego dla siebie pomieszczenia. Dorota zamurowuje się w celi przy kwidzyńskiej katedrze i zachowuje kontakt ze światem tylko przez zakratowane okienko. Tu Motywację łatwo odgadnąć i zapisać Ją od razu wielką literą.
 Takie są święte wdowy Kościoła – bardzo zwyczajne i przerażające w niezwykłości. Może patronki nie tylko wdów. Może opiekunki także dla szukających świętości samotnych kobiet z porozlatywanych małżeństw?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz