Faustyna

Helena Kowalska, święta Maria Faustyna Kowalska
od łac. faustus „błogi, szczęśliwy, pomyślny” + przyrostek dzierżawczy –inus „należący do”: Faustyna: ta, która należy do Szczęśliwego.
wspomnienie obowiązkowe 5 października

Urodziła się 25 sierpnia 1905 r. w Głogowcu koło Łodzi. Była trzecim z kolei (z dziesiątki) dzieci w rodzinie rolników. Ochrzczona w drugim dniu życia, I Komunię przyjmuje mając 9 lat. Ale już wcześniej, jako siedmioletni dzieciak, coś tam na dnie duszy „słyszy”. W „Dzienniczku” nazywa to „powołaniem do życia zakonnego” – przyznając, że nie była posłuszna, a przynajmniej nie zawsze. Nie spotkała się wtedy z nikim, kto by jej – jak pisze „te rzeczy wyjaśnił” – stąd może później (niezależnie od wagi samego sakramentu) taki nacisk na potrzebę dobrych spowiedników i wymaganie – od siebie i innych – bezwzględnego posłuszeństwa zaleceniom usłyszanym na spowiedzi.
Do szkoły chodziła tylko trzy lata, mniej więcej między 12 a 15 rokiem życia. Uczyła się dobrze, ale trzeba było pomagać w domu i w gospodarstwie, zresztą, kto w tamtych czasach na wsi kształcił dziewczyny... Kiedy miała 16 lat, odeszła z domu. Trzeba było zarabiać na życie – więc Helenka pracuje jako pomoc domowa czy może jako służąca. Zarabia na siebie, trochę pomaga rodzicom. A myśl o zakonie ciągle wraca. Hela przyznaje się do niej rodzicom, gdy kończy 18 lat – i, jak to bywa, spotyka się ze zdecydowanym sprzeciwem. Próbuje więc zakrzyczeć, zapomnieć. Biega na bale, bawi się, tańczy.
Nie znajduje radości – ale w tańcu znajduje Boga. A może Bóg znajduje ją – trochę biorąc na litość, trochę przerażając konkretnością? Bo przed bardzo nieszczęśliwą i bardzo roztańczoną Helenką staje zmaltretowany, umęczony Chrystus – i pyta: „ile ty mnie będziesz zwodzić?”
Czy to było pierwsze objawienie?
W każdym razie odpowiedź jest bardzo zdecydowana – tak samo jak dalsze prowadzenie. Helenka wychodzi z imprezy, wpada do kościoła, modląc się słyszy – konkretnie – co ma robić i dokąd iść. Jedzie do Warszawy. Szuka, ale wszędzie pokazują jej drzwi. Żaden zakon nie chce ubogiej dziewczyny ze wsi, bez posagu (była w jednej sukience). Wreszcie w zgromadzeniu sióstr Matki Bożej Miłosierdzia przełożona mówi „jak Pan cię przyjmie, to i ja cię biorę”. On przyjął (mówiąc jej to znowu bardzo wyraźnie) – a przełożona zostawiła tylko nadzieję, kazała zgłosić się za jakiś czas. Czy to – nawet abstrahując od braku wymaganego posagu – powinno dziwić? Wyobraźmy sobie: wpada do klasztoru rozgorączkowana dziewiętnastolatka, nie ma ze sobą nic, może opowiada o sprzeciwie rodziny, może o objawieniach, o głosach. Przecież to normalne, że nie powinno się jej tak po prostu pozwolić wejść i zostać. Na pewno nie teraz, nie tak. Jeśli zechce, wróci.
Wróciła po roku. Pracowała w tym czasie w Warszawie (znów jako służąca), składała pieniądze na wyprawę, w sercu już zaślubiona – a ciągle głodna swojego Boga. Nie pozwoliła się wydać za mąż, chociaż tego chciała jej pracodawczyni, wróciła do sióstr. I tym razem ją przyjęto. Po zakończeniu postulatu, nowicjat zaczęła w Krakowie. Ale już od razu po pierwszym zderzeniu z klasztorną rzeczywistością, jeszcze w Krakowie, chce uciekać. Mało jej ciszy, modlitwy, mało Chrystusa – chciałaby więcej, intensywniej, w większym rygorze. I znowu słyszy: „tutaj cię wezwałem”. I – wbrew sobie – zostaje.
Potem, już po obłóczynach, w Krakowie, nadchodzi noc. Maria Faustyna – takie imiona otrzymała razem z habitem – cierpi niewyobrażalnie, niepojęcie. W zapiskach z tego czasu czytamy o poczuciu całkowitego odrzucenia od Boga, bezsensu, rozpaczy. Nie ma sensu modlitwa, przyjmowanie sakramentów zakrawa na bluźnierstwo – a przecież w tym wszystkim nie opuszcza sakramentów, modli się, walczy. Poprzez krótkie przebłyski Bożej miłości, „kropelki słodyczy”, które – póki są – są morzem, lecz szybko, szybko mijają – i znowu jest noc. Poprzez pierwsze śluby – po których znowu noc i tęsknota. Aż wreszcie, raz na zawsze, słyszy: „ty jesteś moją radością”.
Odtąd zawsze są razem. W Krakowie, w Płocku, w Wilnie, w kuchni, na furcie, w ogrodzie – Faustyna i jej Pan. W wizjach, objawieniach, w odcedzaniu kartofli, w szydełkowych robótkach, w zaczynającej się chorobie. W 1931 roku otrzymuje polecenie namalowania obrazu Jezusa Miłosiernego, potem ustanowienia święta Miłosierdzia. Dzięki pomocy spowiednika, księdza Michała Sopoćko, obraz zostaje – nie bez przeszkód – namalowany i udostępniony do publicznego kultu. Faustyna płacze. „Kto namaluje Cię tak pięknym, jak jesteś?”
Potem diagnoza gruźlicy, długie, mozolne leczenie, połączone z wyjazdami do szpitala – gdzie między innymi miała okazję praktycznie wypróbować skuteczność koronki do Bożego Miłosierdzia – i z niezrozumieniem ze strony współsióstr po powrocie do klasztoru. Na gruźlicę w końcu umiera, mając 33 lata, w 1938 roku. Pozostaje po niej „Dzienniczek” – genialny w prostocie i autentyczny przy całej chaotyczności zapis szarej codzienności i niesamowitych przeżyć mistycznych – i odnowiony kult Bożego Miłosierdzia.
Kanonizowana w 2000 roku przez Jana Pawła II, chyba jedna z największych kobiet Kościoła XX wieku.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz