de tribulatione magna (Ap 7,14)

Niektórzy twierdzą, że kobiety jako urodzone masochistki uwielbiają się poświęcać i są szczęśliwe, kiedy cierpią. Osobiście nie zauważyłam (zwłaszcza tego szczęścia). Wydaje mi się tylko, że przeciętna kobieta ma o tyle większą od przeciętnego mężczyzny wytrzymałość, o ile mniejszy „udźwig”. I właśnie kobieca wytrzymałość – czasami w połączeniu z cierpliwością i, zwłaszcza w średniowieczu, z surowymi praktykami ascetycznymi – może sprawiać wrażenie skłonności masochistycznych. Tylko że żadna normalna kobieta nie cierpi po to, żeby cierpieć.
Kiedy w pierwszych wiekach chrześcijaństwa stawano wobec wyboru pomiędzy odrzuceniem wiary a śmiercią, czy jest w tym coś dziwnego, że kobiety – na równi z mężczyznami – często wybierały śmierć? Święta Agata, Agnieszka, Aleksandra, Anastazja,  Bazylissa, Barbara, Cecylia, Dorota, Felicyta, Perpetua, Juliana, Krystyna, Leokadia, Patrycja, Sabina, Zofia – zwykle wiemy o nich tylko tyle, że zostały w wyrafinowany sposób zamęczone za wierność swoim przekonaniom i decyzjom. W późniejszych wiekach zostać męczennicą było trudniej – to mężczyźni mieli za wiarę walczyć i ginąć, paniom pozostawionym w domu czy zamkniętym w klasztorach przypadała najwyżej rola obronna. A że w razie czego broniły się dzielnie, potwierdzają choćby błogosławiona Benigna, cysterka z Trzebnicy, która zginęła podczas tatarskich najazdów w XIII wieku czy święte zakonnice zabijane w ilościach hurtowych podczas rewolucji francuskiej. Do tej samej kategorii męczennic „w obronie własnej” należą święta Maria Goretii i błogosławiona Karolina Kózkówna. Może także Edith Stein i większość z dziesiątki kobiet beatyfikowanych wśród 108 męczenników z czasów II wojny światowej. Ale już święta Małgorzata Ward, żyjąca w XVI wieku (w Anglii za czasów Henryka VIII) swoją aktywnie niepokorną wobec władzy postawą o męczeństwo „się prosiła”.
Lecz nawet „proszenie się”, rozumiane jako bezkompromisowa wierność wyznawanym otwarcie, bez strachu i w każdych okolicznościach zasadom, nie jest dążeniem do męczeństwa dla samego cierpienia. Męczennica nie chce umrzeć dlatego, żeby sobie pocierpieć i odejść w chwale z tego łez padołu – gdyby rzeczywiście kierowała się taką motywacją, ze świętością nie miałaby nic wspólnego i raczej powinien przebadać ją psychiatra. Jeżeli już zdarza się, że kobieta męczeństwa czy cierpienia pragnie (a nie zwyczajnie zostaje „wrobiona” przez życiowe okoliczności), u podstaw takich dążeń leży zupełnie co innego niż masochistyczne zapędy. Jak zwykle, miłość.
Z aksjomatu Krzyża (Mt 10,38 chociażby) jednoznacznie wynika, że styl życia, polegający na odrzucaniu i unikaniu za wszelką cenę cierpienia, na zbawienie (a zatem i na świętość) większych szans nie ma. (Nie wchodzę tu na terytorium modlitwy wstawienniczej i podobnych praktyk w stylu świętych obcowania, które mogą zapewne i tutaj wiele wyprosić, nie stawiam też tamy Bożemu Miłosierdziu, staram się jedynie realnie ocenić prawdopodobieństwo.) A święci (i święte) – by upodobnić się do Chrystusa, by „iść za Nim i Go naśladować”,  świadomie przyjmują ból, nieraz prosząc, by mogli cierpieć.  Najczęściej podejmują przeróżne wyrzeczenia jako pokutę i wynagrodzenie, to drugie często rozumieją także w wymiarze modlitwy wstawienniczej. 
Z upływem stuleci stosunek Kościoła do praktyk ascetycznych zmieniał się. W średniowieczu, zdaje się, panowała swoista moda na umartwianie „grzesznego ciała” – i szanująca się święta musiała nie dosypiać i nie dojadać, w przerwach najlepiej się biczując. Święte panie były dziećmi swoich czasów. Skoro należało podejmować praktyki ascetyczne, podejmowały je – bardzo serio i w niewyobrażalnym dla nas dzisiaj stopniu. Wiele świętych kobiet uznalibyśmy dziś za anorektyczki – święta Katarzyna Genueńska w Adwencie i Wielkim Poście spożywała ponoć tylko osoloną wodę, święta Róża z Limy jadła wtedy podobno tylko cytrynowe pestki. Inedia towarzysząca mistycznym przeżyciom? Bardzo możliwe. Święta Jadwiga Śląska w ostatnich latach życia jadła tylko dwa razy dziennie, odmawiając sobie wszelkich produktów białkowych, nosiła włosienicę, odprawiała nocne czuwania. I nie są to wśród świętych pań odosobnione przypadki.
Dziwne, że mniejszą uwagę podczas ascezy zwracano na pokutę – równie przecież grzesznej jak ciało – ludzkiej duszy. Uważano zazwyczaj, że duszę wystarczy chronić przed pokusami ze strony ciała – i to wszystko. Cóż, jeszcze w dwudziestym wieku święta Faustyna dręczy swoje ciało, obwiązując je wpijającym się w skórę „łańcuszkiem” – za to od pokus przeciwko czystości, za klasztorną klauzurą „ulokowanych” raczej w sferze duchowej niż fizycznej, zostaje mocą Łaski odgórnie uwolniona raz na zawsze. Szczęściara.
Moim bardzo prywatnym zdaniem obecnie często obserwujemy przerost w drugą stronę – akcentujemy czystość duszy i pracę nad duchowością, pozwalając – bywa – ciału na zbyt dużo. Nie znamy już surowych, długich i systematycznych postów, jeżeli ograniczamy sen, to raczej nie po to, by poświęcić czas na modlitwę, a specjalne zadawanie sobie poważniejszego fizycznego bólu „dla zbawienia świata” w ogóle by nam nie przyszło do głowy. Może szkoda, może gubimy w ten sposób coś, co – utrzymane w ryzach przez rozsądek – byłoby cennym elementem wzbogacającym nasze człowieczeństwo i ułatwiającym drogę do świętości?
Jeden tylko aspekt kobiecego podejmowania cierpienia prawdopodobnie nie zmieniał się z upływem stuleci: ból fundowany przez fizjologię, zapowiedziany już w Księdze Rodzaju (3,16) po grzechu pierworodnym – czy to związany z rodzeniem dzieci, czy nawet po prostu z mozolnym wytrzymywaniem mniej miłych faz cyklu miesiączkowego. Dla wielu pań konkretne cierpienie fizyczne związane, bywa, także z dyskomfortem emocjonalnym, które trzeba (często nawet się do tego nie przyznając) jakoś znieść, coś z nim zrobić, zobaczyć we właściwej perspektywie na tle całego chrześcijańskiego życia.
Warto przy tym na koniec zauważyć bardzo ważny aspekt ascezy: jeśli ma prowadzić do świętości, nie do samozadowolenia, musi być podejmowana ze względu na Chrystusa i w miłości do Niego. Samo w sobie ludzkie cierpienie nie ma mocy ani nikogo zbawić, ani nawet uszlachetnić. Włączone w Jego mękę i zmartwychwstanie z Jego łaski nabiera mocy odkupieńczej. Dla kobiet takie pojmowanie cierpienia (czy współcierpienia z Chrystusem) może stanowić także swoisty dowód miłości. Osobiście w ten właśnie sposób rozumiem udział kobiet w powszechnym kapłaństwie chrześcijan: może one – przez swoją wrażliwość i wytrzymałość we wszelkiego rodzaju trudnościach i bólach – szczególnie powołane są do „składania duchowych ofiar przyjemnych Bogu przez Jezusa Chrystusa” (1P 2,5).

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz