Veni de Libano, sponsa! (Pnp 4,8)

Bardzo mocno wszedł w naszą świadomość mit o świętych dziewicach – tymczasem wiele (ośmielam się twierdzić, że przynajmniej połowa)  świętych pań, zaczynając od Perpetuy i Felicyty, a kończąc na Joannie Beretcie Molla, zwyczajnie żyła w małżeństwie, pełniąc obowiązki i korzystając z praw żony. Obowiązki bywały rozliczne – od przysłowiowego prania mężowych i dziecięcych skarpetek (a we wcześniejszych epokach historycznych odpowiednio innych części garderoby) i dbania o należyte wyżywienie współmałżonka wraz z potomstwem, do współudziału w rządzeniu państwem czy prowincją. Prawa też bywały różne. Czasem wiązały się z przejętymi po mężu tytułami i włościami, czasem ograniczały do władania kilkoma arami podwórka, ogrodem i stadkiem kur. Bywało, że żona – z gibkością  szyi – potrafiła kręcić mężową głową i zręcznie ową umiejętność wykorzystywała ku dobru. Bywało jednak i tak, że traktowano ją jako kolejną mężową własność. Podobnie różnie bywało ze współżyciem seksualnym – do tego stopnia różnie, że – pamiętając, że postrzegamy tu sprawę od strony konkretnych kobiet – sama nie wiem, czy wyliczać je wśród praw, czy wśród obowiązków.
Dobry seks to dla kobiety wielka frajda. Dobry, czyli – co przyzna większość kobiet – połączony z wzajemną miłością, a co ważne dla świętych (a zatem słuchających Kościoła) pań, współżycie wyłącznie z poślubionym ważnie mężem i na zasadach niewykluczających prokreacji. I, co również istotne, doprowadzony do satysfakcjonującego poziomu przez odpowiednio częstą praktykę i... mężową czułość. Większość kobiet musi zwyczajnie do tej radości – wolniej lub szybciej – dojść, no a niektóre w niesprzyjających warunkach nie dochodzą. Oczywiście „Żywoty świętych” tematyki stosunków małżeńskich nie poruszają, podając najwyżej liczbę spłodzonych dzieci, ale łatwo z dużym prawdopodobieństwem zgadnąć, że inny stosunek do seksu mogła mieć święta Rita (matka dwojga dzieci), wrobiona przez rodziców w małżeństwo z mafiosem, inaczej wyglądało to u błogosławionej Doroty z Mątowów (matki dziewięciorga), która po pierwsze w ogóle nie miała woli wychodzić za mąż, a po drugie poślubiła dość bitną (także żonobitną)  i awanturną osobowość, a jeszcze inaczej u zakochanych szczerze i z wzajemnością w swych mężach świętej Jadwigi Śląskiej (matki pięciorga dzieci) czy świętej Joanny Franciszki de Chantal (matki sześciorga).
Jeszcze innym zjawiskiem pozostają tak zwane „białe małżeństwa”, na przykład świętej Katarzyny Szwedzkiej z Edgardem czy świętej Kingi z Bolesławem Wstydliwym – związki „programowo” pozbawione elementu współżycia seksualnego. Zawierane prawdopodobnie ze względów dynastycznych (chociaż o dziedzica trzeba było starać się na drodze prawnej...), zapewniały realizację wszystkich pozaseksualnych celów małżeństwa. Bo przecież, chociaż z dużą dozą słuszności można by stwierdzić, że ważne małżeństwo od współżycia się zaczyna, to przecież kończy się dużo, dużo dalej niż – najbardziej nawet udany – seks.
Mężatka – nawet związana przysięgą czystości – we wszystkich innych aspektach mężatką pozostaje. A każda (święta, więc dobra) żona poświęca mężowi swój czas, troskę, zainteresowanie i naturalnie to on zajmuje centralne „ziemskie” miejsce w jej myślach i w jej sercu.  W zamian doświadcza (zazwyczaj) mężowskiej opieki i wie, że ma bardzo konkretne oparcie w drugiej, bliskiej osobie. Przecież to naturalne, że  (święta) żona dzieli z mężem radości i smutki, że swoją pracą pomnaża jego majątek, że mają podobne życiowe cele. Czasem żona – jak święta Joanna Franciszka de Chantal – wyciąga męża z długów, bywa, że –  jak święta Monika czy święta Klotylda – doprowadza go do nawrócenia. Przecież razem spędzają czas, mają wspólne tematy rozmów, zwyczajnie są sobie bliscy. Także w „białych” małżeństwach te elementy pozostają obecne. Kinga i Bolesław pod tymi względami należą do siebie nawzajem nie mniej niż Joanna i baron de Chantal, rodzice sześciorga wspólnych dzieci. I właśnie dlatego życie w „białym” małżeństwie nie jest ani trochę podobne do życia kobiety samotnej czy zakonnicy, że fizyczne dziewictwo stanowi tylko jeden aspekt w przebogatym kobiecym życiu. Inna sprawa, że w bliskości ukochanego – w jakiś sposób – mężczyzny dochowanie czystości stanowi zapewne większy problem niż dla kobiety, która po prostu nie ma nikogo – no ale Kinga żyła w ten sposób 40 lat... Kolejnym niełatwym problemem małżeńskim była zapewne bezdzietność.
Powstaje pytanie, dlaczego kobiety wpadały na pomysł, by w ten sposób „dręczyć” siebie i mężów (bo zwykle to one skłaniały drugą połówkę do złożenia ślubu czystości). Szczerze mówiąc, nie wiem. Z mojego punktu widzenia lepsze byłoby pójście na całość – albo w małżeństwo ze wszystkimi jego prawami i obowiązkami, albo w dziewictwo we wszystkich, także duchowych jego aspektach (ale o tym później). Być może czystość w małżeństwie jest po prostu kolejnym rodzajem kobiecego powołania w Kościele, które tak trudno osobom postronnym zrozumieć. Kiedyś podejmowane może ze względów ascetycznych, dziś – w nowej rzeczywistości – powróci może jako wyzwanie świętości rzucane nawracającym się związkom niesakramentalnym?
A wracając do zwyczajnych małżeństw świętych kobiet: nie wszystkie, oczywiście,  bywały szczęśliwe. Święta Elżbieta Portugalska z heroiczną cierpliwością znosiła mężowskie skoki w bok (o heroicznej cierpliwości można chyba mówić w kontekście, gdy oprócz własnych dzieci wychowuje się potomstwo mężowych kochanek), święta Ludwika opiekowała się mężem chorym na schizofrenię, a święta Rita, nie bez powodu uważana za patronkę od spraw beznadziejnych, była – według dzisiejszej nomenklatury – typową ofiarą przemocy w rodzinie. Inne święte żony, jak chociażby Brygida Szwedzka czy wspominana już Joanna Franciszka de Chantal, znalazłszy odpowiednich dla siebie mężczyzn, realizowały się w małżeństwie wspaniale. Cóż, być mężem świętej kobiety, wbrew pozorom, wcale nie jest łatwo, a małżeństwo ze świętą to związek wymagający – dla obu stron. Święta kobieta do wielu spraw podchodzi bezkompromisowo, „przesadza” w trosce o ubogich, a w wyznawanym systemie wartości przedkłada nad męża Jeszcze Kogoś – i to dla męża wcale nie musi być łatwe do zaakceptowania. Może słusznie mówi się, że święte chrześcijańskie małżeństwo stanowi w swej istocie trójkąt, gdzie najwyższym punktem jest Bóg?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz