Audi, filia! (Ps 45,11)

Relacje wewnątrzrodzinne świętych kobiet zdają się dość często potwierdzać, że z rodziną najlepiej wychodzi się na zdjęciu. Najbardziej drastycznym przykładem jest chyba święta Joanna de Valois, córka Ludwika XI. Miała nieszczęście nie urodzić się chłopcem, do tego była kaleką – żaden materiał na następcę tronu, do tego bez większych szans na jakiś korzystny politycznie mariaż... Nieszczęśliwy tatuś zwyczajnie wyrzucił „nieudane” dziecię z domu, cedując jednocześnie na swych krewnych obowiązki związane z wychowaniem Joasi. Milutkie. Inny makabryczny przypadek odnajdziemy w życiu świętej Julianny, którą własny ojciec doprowadził pod sąd, przewodniczył procesowi i skazał na tortury i śmierć. Działo się to na początku IV wieku, a przyczyną była uparta odmowa córki, która nie chciała poślubić niechrześcijanina.
Ale i w późniejszych czasach, bywało, rodzice fundowali swoim córkom niezłe życiowe perypetie. Należy przy tym pamiętać, że do czasów całkiem niedawnych szanujące się dziewczęta były od rodziców całkowicie zależne, z chwilą zamążpójścia przechodząc spod opieki ojca pod skrzydła męża, przy czym wybór właściciela owych skrzydeł rzadko do samej przechodzącej należał. Nagminnie widzimy to u córek rodów panujących. Święta Katarzyna Genueńska, na przykład,  została zmuszona do małżeństwa z człowiekiem, który już przed ślubem miał pięcioro (nieślubnych) dzieci. Ile miał ich później, historia milczy, jednak życie (świętej) żony takiego człowieka łatwo sobie wyobrazić. Pamiętamy także przypadek świętej królowej Jadwigi, której małżeństwo było klasyczną polityczną kartą przetargową. Czy Jadwiga wybrała Jagiełłę – nie Wilhelma – pod większą czy mniejszą presją i czy łatwo układało się życie w małżeństwie gdzie mąż był o marne 23 lata starszy od żony, co więcej różnił się od niej na przykład całym kontekstem kulturowym, z którego pochodził – cóż, można gdybać. A przecież żeby podlegać absolutnej władzy rodziców w sferze matrymonialnej wcale nie trzeba było urodzić się księżniczką.   Błogosławiona Dorota z Mątowów, córka zwykłych ludzi, została zmuszona do poślubienia pewnego gdańskiego rzemieślnika, a małżeństwo, jak się okazało, nie należało do udanych.  Cóż, życie ze świętą, wbrew pozorom, także do łatwych nie należy. Żeby pokazać drugą stronę medalu, nie wszystkie zawierane na życzenie rodziców małżeństwa bywały niedobrane i nieszczęśliwe. Błogosławiona Gizela, córka Henryka II z Bawarii, żona (też świętego) Stefana króla Węgier, była jego ukochaną i szczęśliwą małżonką.
Nie wgłębiając się na razie w relację pomiędzy małżonkami „świętych” lub „półświętych” związków, chciałabym zatrzymać się na chwilę nad ukazanymi tu stosunkami na linii rodzice – święta córka. Nie przypuszczam, by rodzice (może poza nielicznymi wyjątkami zaślepienia przez gniew) złośliwie dobierali dzieciom nieodpowiednich życiowych partnerów. Pewnie dużo częściej wynikało to po prostu z nieświadomości lub zwyczajnego niezrozumienia, a rodzice działali w przekonaniu, że dążą do dobra ukochanej córeczki. I cóż – w pewnym sensie tak właśnie było. Bo chociaż, jak okazywało się potem, droga była niełatwa, na tej właśnie drodze kobiety zdobywały świętość. Co byłoby, gdyby mogły podejmować decyzje samodzielnie – można gdybać.
W wielu przypadkach, jak w tych wyliczonych wyżej, dziewczęta grzecznie wypełniały wolę rodziców, nawet jeśli decyzja była trudna, a perspektywy przyszłości rysowały się w ciemnych barwach. Sytuację wyjaśnia wspomniana już zależność (głównie finansowa, ale także rozumiana w kategoriach społecznych) kobiety od ojca i męża. Porządna dziewczyna (a wszak mówimy o świętych) w zasadzie w takiej sytuacji nie miała wyboru. Jeżeli była bardzo silna mentalnie i niezwykle zdeterminowana, mogła (czasami) najwyżej wybrać klasztor, rzadziej staropanieństwo, bo małżeństwo wbrew woli i bez błogosławieństwa rodziców zwyczajnie nie wchodziło w grę.
Z klasztorem też łatwo nie bywało – i nie bywa zresztą także w czasach zupełnie współczesnych. Święta Klara, na przykład, uciekała z domu, by po kryjomu złożyć śluby, a potem dzielnie odpierała natrętny atak rodziny, która skłaniała ją do powrotu. Wiele świętych pań musiało zwyczajnie przeczekać lata wyznaczonego przez rodziców małżeństwa, urodzić kilkoro dzieci (w tym koniecznie dziedzica) i przeżyć męża, by móc zrealizować swoje marzenia o klasztornej klauzurze. (O tym, jak w czasach zupełnie współczesnych przebiegają analogiczne negocjacje z rodzicami, można zapytać tzw. statystyczną siostrę zakonną...)
 Ewenementem pośród świętych pań pozostaje święta Katarzyna ze Sieny. Od dzieciństwa marzy o klasztornej ciszy i pragnie należeć tylko do Jedynego, tymczasem rodzina wypowiada zdecydowany sprzeciw. Kasia konstatuje, że pierwsza część marzenia jest nierealna, dąży zatem z zadziwiającą konsekwencją do realizacji części drugiej, pozostając w  rodzinnym domu i spełniając wiernie wszystkie obowiązki córki – do tego stopnia, że znajduje wolę Bożą w woli rodziców.
Postać świętej Katarzyny Sieneńskiej wprowadza nas w drugi wymiar „dziecięcej” relacji świętych kobiet – wszystkie były przecież córkami Kościoła. Wiele, jak święta Katarzyna czy błogosławiona Bolesława Lament, walczyło o jego jedność. Wszystkie – chociażby przez swoją osobistą świętość – pomnażały jego bogactwo i pracowały dla jego dobra. Nie wdając się tutaj w rozważania o możliwości bądź niemożności zbawienia poza Kościołem katolickim przyznajmy po prostu, że po tej stronie świata nie ma poza Kościołem pewności zbawienia – pewności, którą mamy, jeśli chodzi o osoby beatyfikowane lub kanonizowane. Słowa Jezusa „cokolwiek zwiążesz na ziemi, będzie związane w  niebie” (Mt 16,19) na mocy sukcesji apostolskiej pozostają ważne i skuteczne. Nil hoc verbo Veritatis verius, nie bez powodu napisał kiedyś (święty) Tomasz z Akwinu.
Wracając do relacji świętych kobiet z Kościołem – służyły mu, słuchały go, modliły się w jego intencjach. Kochały Kościół, nawet gdy on ich nie rozumiał. „Kościół to Chrystus”, twierdziła niezłomnie święta Joanna d’Arc, ta sama, którą Kościół oskarżył o herezję, zabił, a potem zrehabilitował, by w końcu kanonizować. Przed trybunałem inkwizycji stawała zresztą także Katarzyna Sieneńska... ta sama, która umarła z wycieńczenia mając niewiele ponad trzydziestkę, zamęczona pracą dla Kościoła – jak dla Ukochanego.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz